czwartek, 9 czerwca 2011

Napad chłopaków ze wsi



Cały dzień biegaliśmy po lesie. Zastępowy z czołowym zorganizowali grę topograficzną. Na każdym kolejnym skrzyżowaniu mieliśmy skręcać w tą drogę, której azymut mieliśmy zapisany na kartce. Mieliśmy około 10 azymutów napisanych po kolei, a więc i 10 skrzyżowań przed nami. Pamiętam ten bieg dobrze. Choć wszyscy biegli tą samą trasą, to nawzajem się nie widzieliśmy, bo wybiegaliśmy co 15 minut. Las, kartka, kompas i ja. Serce chwilami waliło jak młot. Wszystko było na czas – przy starcie z zegarkiem stał czołowy, a na mecie Witek, nasz zastępowy. Bieg wygrał Mikołaj, ja na trzecim miejscu. Po grze wróciliśmy do obozowiska. Nie było z nami czołowego - musiał się wrócić, bo czegoś zapomniał.. Coś długo go nie było. W końcu dotarł na kolację. Opowiadał, że wracając spotkał bandę wyrostków, którzy zaczęli się z niego nabijać - śmiali się z munduru i krótkich spodenek. Było ich pięciu. Dranie skorzystali ze swojej przewagi i zaczęli go popychać. Aż w końcu Olek zaczął się z jednym szarpać. Tamci oczywiście doskoczyli. Olek się im jednak wyrwał i zdołał uciec. Biegli za nim, ale Olek powiedział, że zdołał ich zgubić. Choć nie do końca był pewien czy go nie śledzili.
Trochę nas to zaniepokoiło, ale szybko nam przeszło, gdy zaczęliśmy się przygotowywać do wieczornego ogniska. Ognisko było super. Janek, nasz nowy wodzirej robił co mógł, aby nam pokazać, że się na tą funkcję nadaje – śmiechu było kupa. Namiot rozbiliśmy w środku lasu. Żeby całego nie dźwigać wzięliśmy sam tropik. Tej nocy było zresztą ciepło. Szybko zasnęliśmy.
Wtem trzy wybuchy rozdarły ciszę nocy - Chłopaki tutaj!!! Szybko! Do mnie!!! To krzyczał nasz Witek. Wyskoczyliśmy w piżamach. Na ziemi, skulony, leżał Witek. Wyrostki, których wcześniej spotkał Olek, tu byli. Zdążyli ukraść jeden plecak. Witek ich zauważył i wyskoczył za nimi, oni jednak go skopali i rzucili jeszcze parę petard. Okazało się jednak, że Witkowi nie stało się nic poważnego – parę siniaków i zadraśnięć.
Co teraz robić? Zastępowy i czołowy zaczęli się naradzać. Po chwili zakomunikowali nam swoją decyzję: trzeba gości dopaść, odzyskać plecak i przy okazji porządnie im wlać.
Witek mówił, że kiedy uciekali z plecakiem dosłyszał, że udają się do ruin starej leśniczówki.
Pamiętam dobrze tą chwilę. Byliśmy przestraszeni, ale też pełni zacięcia i chęci zemsty. Zaczęliśmy się szykować jak na wyprawę wojenną. Na mundury założyliśmy nasze „bojowe” kurtki, które zawsze zakładaliśmy kiedy wybieraliśmy się na jakąś grę, harce lub podchody w lesie. Chroniły w ten sposób mundur, a ponieważ były o ciemnych kolorach – doskonale nas też kamuflowały.
Szliśmy przez noc w ciszy i skupieniu. W pewnym momencie Witek wziął nas na bok i zaczął opowiadać jakie są główne zasady dobrego maskowania się, skradania, czołgania, oraz jak powinien wyglądać szyk bojowy zastępu, kiedy idzie leśną drogą. Jest to szyk orła. Zastępowy i czołowy idą w środku tworząc na drodze „korpus”; na „skrzydłach”, czyli po bokach, już w lesie, idą skauci flankowi, trzymają się około 10 – 15 m od „korpusu” każdy; na „dziobie” idzie rekonesans, złożony z jednego lub dwóch chłopców, idą 15 – 25 m przed „korpusem”; cały szyk zamyka „ogon” złożony z jednego lub dwóch skautów, ogon idzie w odległości 10 – 15 m od „korpusu”.
Pamiętam, że szedłem na „ogonie” i miałem ogromnego pietra. Nie zawsze bowiem dostrzegałem tych co szli przede mną. Bałem się, że oni będą szli szybciej ode mnie i że w razie bijatyki zostanę sam.
Szliśmy tak przez dobrą godzinę, wszystkie zmysły napięte, oczy chciały widzieć więcej, każdy szelest uwrażliwiał uszy. Niebo było niezwykle rozgwieżdżone. Słychać było tylko niekiedy trzask gałązki na którą nastąpił któryś z flankowych, lub dźwięk toczącego się kamienia kopniętego przez któregoś z chłopaków na drodze.
Dotarliśmy do skrzyżowania – byliśmy niedaleko domniemanej „mety” wyrostków. Odtąd obowiązywała absolutna ostrożność. Bezszelestnie zeszliśmy na skraj skrzyżowania i przyczailiśmy się nasłuchując okolicę.
Wtem daleko, ale nie tak znowu bardzo daleko błysnęło światło latarki – po naszych plecach przeszedł dreszcz – Tam! Światło! szepnął nienaturalnym głosem Piotrek. Cicho! odpowiedział Witek.
Ale co to!? błyski światła robią się częstsze! Ale… przecież… oni wywołują nas alfabetem morse’a. Wtedy dla wszystkich stało się jasne, to co niektórzy już pewnie podejrzewali – to wszystko to jest po prostu gra! Tymi, którzy do nas mrugają to chłopaki z Koziorożca – oni też w tym samym czasie co my zrobili dwudniowy wyjazd do lasu. Nasi zastępowi i czołowi nie mogli po prostu przepuścić takiej okazji – musieli coś razem skręcić.
Ale to nie był koniec zabawy dopiero teraz zaczynały się prawdziwe podchody, a na koniec wielka młócka z Koziorożcem na polanie. Kto wygrał? My oczywiście, czyli zastęp Pantera.

Historie tę, prawdziwą, przeżyłem piętnaście lat temu w moim zastępie. Jak widzicie pamiętam ją do dziś. Przytaczam ją wam – to jest dzisiejszym zastępowym nie bez powodu. Chciałem, żebyście patrząc na tą historię zobaczyli przez nią Witka, mojego zastępowego. Ten wyjazd, wszystkie te pomysły zostały wymyślone przez niego i jego wiernego towarzysza, a naszego czołowego Olka. Jestem pewien, że i was stać na taką fantazję i pomysły jak on. Pamiętajcie bowiem, że to co interesuje najbardziej waszych chłopców to nie nudna gadanina, siedzenie w harcówce i wkuwanie historii skautingu, ale gra i przygoda. Zauważcie, że Witek użył właśnie gry, żeby nas nauczyć paru nowych rzeczy – takich jak np. zasad kamuflowania, skradania oraz szyku „orła”, który zresztą zapamiętałem do dziś.
Nie wszystkie zbiórki mogą i nie wszystkie muszą tak wyglądać, ale nawet podczas zbiórki jednodniowej przy harcówce, lub w pobliskim lasku miejskim można wymyślić wciągającą grę i przeżyć przygodę.
Mojego zastępowego nie zapomnę nigdy. Pomimo tego, że już dużo czasu upłynęło od kiedy opuściłem zastęp Pantera, pomimo tego, że od tego czasu miałem i wciąż mam nad sobą wielu innych szefów, Witek zawsze będzie dla mnie tym pierwszym, tym najważniejszym; bo oprócz tego, że robił świetne zbiórki to był dla mnie przykładem, wymagającym bratem, wyrozumiałym przewodnikiem.
I taki też pozostał i pozostanie w mojej pamięci.
Dlatego też, dzisiejszy druhu zastępowy, nie lekceważ swojej misji – dla swoich chłopców jesteś naprawdę kimś bardzo ważnym.

Bartosz Mleczko
były Namiestnik Harcerzy
Szef Biura Stowarzyszenia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz